Mam na imię Lucy – Elizabeth Strout Recenzja

Lucy Barton nie widziała matki kilka lat. Mieszka w Nowym Jorku, a teraz trafia na dłuższy czas do szpitala.  Matka  odwiedza ją przez kilka dni. Zaczynają rozmowy i wspomnienia.

Lucy wspomina swoje dzieciństwo, biedę rodziny, tajemnice, dziwacznych rodziców.

Lucy w latach 80-tych była już mężatką, mieli dzieci, ale czytelnik wie, że małżeństwo nie przetrwa.

Dowiadujemy się też, że Lucy została pisarką.

Nie wszystko może powiedzieć na głos, do matki. Matka unika rozmów o nich, o rodzinie, ojcu, rodzeństwie, nie potrafi powiedzieć, że kocha córkę.

To jest niewielka objętościowo książka, pisana prostym językiem. Przeczytałem i… nic. Nie obeszły mnie losy głównej bohaterki, nie wzruszyłem, wzruszyłem jedynie ramionami.

Być może gdyby Elizabeth Strout pozwoliła sobie na dłuższą książkę, opasłe tomiszcze, to miałbym czas i możliwość utożsamić się jakoś z Lucy, zacząć współprzeżywać i stwierdzić po lekturze, że była to ciekawa historia i uniwersalne przesłanie. Jednak ledwo zacząłem czytać, już skończyłem.

Mam więc problem z tymi wszystkimi zachwytami nad książką – nie mogę się z nimi zgodzić. Jest dobra książka, a mogło być kolejne arcydzieło.  

©PrzemyslawPufal

Przemysław Pufal - uzależniony od czytania i bojący się, że nie będzie co czytać