Przeskocz do treści

czytanie 254x300 - Wyzwanie czytelnicze 2017Wyzwanie czytelnicze 2017 kieruję do wszystkich, bez względu na wiek i płeć. Mól książkowy czy książkoholik, mały czy duży, czytający dużo i… do tej pory niewiele. Każdy może wziąć udział!

Oto treść wyzwania:

Przeczytam 52 książki w 2017 roku!

To 1 książka tygodniowo!

Tylko kilkadziesiąt minut dziennie!

A czytać można wszędzie i w każdej chwili. 63% Polaków w ogóle nie czyta książek, ale możemy poprawić tę statystykę.

Podejmij wyzwanie i zaproś do niego inne osoby!

Fajnie będzie, jeśli będziecie dzielić się z innymi swoimi postępami i osiągnięciami. W komentarzu możesz wpisywać regularnie ile książek już masz przeczytanych, a także jakie były to książki.

Weź udział w komentarzach poniżej albo na Facebooku>>>

2

Zygmunt Bauman 170x300 - Zygmunt Bauman „Sztuka życia”, czyli nieszczęście w szczęściuNie sądzę, żeby trzeba było przedstawiać Zygmunta Baumana, ale na wszelki wypadek przypominam, że to socjolog, filozof, eseista, jeden z twórców koncepcji postmodernizmu.

„Sztuka życia” to niewielkiej objętości książka, która zgodnie z tytułem, traktuje o życiu, o tym jak żyć, o szczęściu i innych przejawach trudnej sztuki życia.

Autor przywołując filozofów, współczesne dzieła sztuki, różne wydarzenia opisuje współczesnego człowieka i to, jak funkcjonuje on w świecie, który w pewien sposób żąda, abyśmy byli szczęśliwi, ale wcale tego nie ułatwia.

Społeczeństwa są coraz zamożniejsze, ale okazuje się, że nie idzie za tym poczucie szczęścia, a raczej niepewność. Pogoń za szczęściem to zajęcie frustrujące, absorbujące, wymagające dużej energii, obarczone ryzykiem. I często, paradoksalnie, przyczynia się do depresji.

Uczy się nas, że nie można i nie trzeba oczekiwać, panuje kult natychmiastowego zaspokajania pragnień. Naszego szczęścia oczekujemy od rynków, sklepów, ale one nam go nie dają, choć wiele obiecują. W ten sposób następuje komercjalizacja niekomercjalnych dóbr. Metki, loga i marki ustalają naszą pozycję społeczną i prestiż. Tożsamość, czyli to kim jestem, budujemy nie my, ale firmy. W społeczeństwie konsumentów jesteśmy szczęśliwi tak długo, jak długo nie tracimy nadziei na osiągnięcie szczęścia. Stąd brak chęci do angażowania się w coś dłuższego, na przykład związki długoterminowe, kiedyś znane jako małżeństwa.

A przecież  życie to sztuka, musimy chcieć niemożliwego: cele, wyzwania, standardy doskonałości. Konsumpcja zaś potęguje niepokój, bo zawsze jest coś jeszcze do zdobycia, kupienia. Szczęście współcześnie to posiadanie tego, czego nie mają inni, tyle pieniędzy, ile inni nigdy nie będą mieli, bycie tam, gdzie inni nie mogą.

Dla każdego szczęście może oznaczać co innego, ale konsumpcjonizm dostarcza jednej definicji. Czy szczęście może być stanem trwałym? Chyba tylko stanem ciągłego pobudzenia wywołanego przez niezaspokojone pragnienia, pobudzane przez reklamy, sklepy, media.

Dzięki lekturze dostajemy impuls do zweryfikowania definicji szczęścia. Wystarczy zestawić sobie i zapytać w tym kontekście o takie pary: szczęście jednostronne - wspólnoty, wieczne – przemijające,  sacrum – profanum, namiętności – umysł, czucia – rozum, przypadek – przeznaczenie, egoizm – poświęcenie, ja – świat, znane – nieznane, teraźniejszość – przyszłość, rutyna  - zmiany, własne – wspólne, dawanie – branie, wolność – bezpieczeństwo.

Czy jesteśmy przymuszani do poszukiwania szczęścia? Czy to czyni nas nieszczęśliwymi?

Szczęście to tylko jeden z aspektów życia. Zygmunt Bauman twierdzi, że mimo wszystko musimy uwierzyć w naszą zdolność dokonania zmiany w życiu i w świecie. Życie jest dziełem sztuki, bo mamy wolę i wolność wyboru. Bycie odpowiedzialnym za wybór drogi życiowej i jego skutki to nakaz losu.

Tożsamość nie jest czymś danym. Potrzeba ciągłego przekształcania własnej tożsamości i publicznego wizerunku to już nie przymus, ale przejaw osobistej wolności. W społeczeństwie konsumentów narasta autokreacja, nie wiadomo kto jest prawdziwy, a kto został stworzony.

Konsumencka odmiana sztuki życia obiecuje wolność wszystkim, ale zapewnia ją nielicznym.

Dążymy w sztuce życia do absolutu, ale absolutu nie stwarza się w jednorazowym akcie, jak dokonania zakupów, ale stwarza dzień po dniu. Podobnie jest z miłością; zamiast stwarzać ją i walczyć, chcemy, by inni spełniali nasze potrzeby jak w domu mody.

Sztuce życia potrzebne jest samookreślenie i samostanowienie, ale czy inni i my sami dajemy sobie tę możliwość? A może oddajemy ją, nie wiedząc tego?

„Cierpimy na dotkliwy brak solidnych i godnych zaufania punktów orientacyjnych i rzetelnych i wiarygodnych przewodników.”

Socjolog porusza również temat działań wykluczających, resentymenty i tego, jak sobie z nimi radzić. Czy chcemy sobie radzić? Obserwując to, co dzieje się wokół nas, odpowiedź nie jest jednoznaczna.

Poszukiwanie szczęścia może skupić się na dobru własnym lub dobru innych. Obie opcje nie muszą się wykluczać, ale jak jest w życiu? Ile jest aktów moralnych, które są z natury rzeczy skutkiem wolnego wyboru, a ile PR i pokazówki? Inaczej mówiąc: ile dobra czynimy, bo tak wypada, tego się od nas oczekuje, na pokaz, a ile z prawdziwej potrzeby serca?

Wymagająca lektura, ale nie ze względu na słownictwo, filozoficzną terminologię, bo język jest przystępny, ale z powodu tego, że autor konfrontuje czytelnika z niewygodnymi faktami, diagnozami, stawia pytania, które wyrywają z konsumpcyjnego amoku.

Koniec końców możemy otrzymać odpowiedź na pytanie na czym polega sztuka życia… Nie, nie ujawnię na czym! Przeczytajcie, znajdźcie odpowiedź samodzielnie.

©PrzemyslawPufal

 

 

Dzanus 211x300 - Elżbieta Baniewicz - Dżanus, czyli dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego. RecenzjaJanusz Głowacki na początku to był dla mnie przede wszystkim autor zabawnych tekstów, opowiadań, anegdot z życia sfer różnych. Dopiero z czasem poznałem jego twórczość dramaturgiczną. Również nacechowaną humorem, ironią, groteską. To były lata 90-te ubiegłego wieku.

A w 2016 trafiłem na książkę Elżbiety Baniewicz pod tytułem „Dżanus, czyli dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego”. Autorka jest krytykiem teatralnym, autorką monografii Kazimierza Kutza i Erwina Axera oraz aktorów Anny Dymnej i Janusza Gajosa, pisze również eseje o polskim teatrze.

Wiedziałem, że taka książka wyszła, ale nie do końca orientowałem się, czego się spodziewać po tej ładnie wydanej publikacji. No to po kolei.

Janusz Głowacki odniósł w Polsce sukces i to dość szybko jak na tak młodego człowieka. Był dziennikarzem, felietonistą, autorem opowiadań. I oczywiście współscenarzystą filmu „Rejs”. A gdy już napisał dramat, to będąc w Londynie na jego wystawieniu, został na emigracji. 13 grudnia 1981 roku zrobiła tak wiele osób, których stan wojenny zastał poza granicami Polski.

Potem były Stany Zjednoczone, gdzie znalazł swój drugi dom. I tam również odniósł sukces jako autor sztuk teatralnych. Jak pisze Elżbieta Baniewicz, Głowackiego bardziej doceniono na świecie, a nie w Polsce. Wielu skalę jego sukcesu próbowało umniejszać, ale statystyka mówi sama za siebie. „Kopciuch” „Fortynbras się upił”, „Polowanie na karaluchy”, „Antygona w Nowym Jorku”, „Czwarta siostra” były wystawiane nie tylko w USA i Anglii, ale praktycznie na całym świecie. A sam autor prowadziła zajęcia z creative writing, czyli seminaria dramaturgiczne na uznanych uniwersytetach.

Jest więc to książka, w której życiorys pisarza, a także jego dokonania w innych, niż dramat gatunki, grają role drugoplanowe. A zgodnie z tytułem książki, główną rolę grają dramaty. Szczegółowo opisane teksty jak ich teatralne interpretacje, z recenzjami z różnych krajów, czasami również z tekstami samego Głowackiego. W książce znajdziemy również reprodukcje plakatów, programów i zdjęcia z przedstawień. Każdy, kto lubi dramaty Głowackiego, a także osoby, które zawodowo się nimi zajmują, doceni ciężką pracę autorki.

Do tego w książce znajdujemy spis realizacji sztuk Janusza Głowackiego, kalendarium życia i twórczości, bibliografię, indeks nazwisk. Porządna praca i krytyczna, i wydawnicza.

Nie jest to więc biografia pisarza, ani wyczerpujące omówienie całej twórczości Głowackiego. Po latach jestem zmuszony przyznać, że to właśnie dramaty nie bez powodu sprawiły, że był sławny. Jakości jego sztukom nikt nie odbierze, nawet zazdrośnicy. A dla lepszego zrozumienia dlaczego, o czym i w jaki sposób Janusz Głowacki pisał, warto poczytać o dramatycznych przypadkach Polaka, o którym mówią Dżanus.

©PrzemyslawPufal

marcin-kolodziejczyk-bardzo-martwy-sezon-reportaze-naoczneMarcin Kołodziejczyk to już znany i uznany reportażysta. „Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne” to zbiór tekstów, które ukazywały się w „Polityce”. Tytuł książka wzięła od jednego z nich.

Jak że jest to zbiór, więc i tematów reportaży jest tu mnóstwo. Są historie zasłyszane w wiejskich sklepach i od pasażerów pociągów, mamy branżę porno i chrześcijańskich raperów, jest o linczu we Włodawie i transseksualizmie, mamy skutki upadku PGR-ów i fenomen wsi tematycznych, polską bezdomność i lumpenemigrację, jest o losach młodocianego aktora filmu „Sztuczki” i o tym, że Sławomir Mrożek i poeta Józef Baran pochodzą z Borzęcina koło Brzeska. Taka wyliczanka może sugerować, że to jakiś groch z kapustą, ale wszystkie teksty zawarte w tym tomie łączy wiele.

Głównym bohaterem jest oczywiście człowiek, głównie ten, któremu się nie udaje, niezależnie od tego, czy mieszka na wsi, w małym miasteczku czy większym mieście. Polska dziedziczona bieda, bezrobocie i stały element polskości: alkohol. Teraz trzeba już chyba dopisać również narkotyki.

Dziennikarz pokazuje nam przemiany, które przeszła Polska i Polacy od czasu przełomu politycznego, przez dziki kapitalizm, aż po czasy względnego spokoju. Zawsze jednak ktoś znajduje się na marginesie, wciąż wykluczeni z różnych powodów potrzebują pomocy. Żeby jednak im pomóc, trzeba ich zauważyć. I taką między innymi rolę pełni reportaż.


Marcin Kołodziejczyk opisuje również ludzi, którzy już zauważają nieszczęście i potrzebujących. Ludzi, którzy gdzieś w prowincjonalnej Polsce dokonują rzeczy, o których innym nie tylko się nie śniło, ale uważają, że nie da się ich robić. W mediach dominują politycy i tragedie, a głębiej jest coś więcej – całkiem ciekawi ludzie i Polska. Z jednej strony zawziętość, zawiść, inercja, a z drugiej ambicja, uparte dążenie do celu i pomoc innym. W książce jest więc równowaga w ukazywaniu różnych stron naszego kraju i naszej mentalności.

Kołodziejczyk nie stroni od używania w swoich reportażach narracji właściwie powieściowej, więc czytając niektóre z nich ma się wrażenie obcowania z opowiadaniami. Sporo tu humory, zarówno sytuacyjnego, jak i wynikającego z ciepłego stosunku dziennikarza do bohaterów swoich tekstów. I jeszcze na zachętę: czytaliście kiedyś reportaż z… korka ulicznego?! Ja pierwszy raz.

Archeologia ludzkiego doświadczenia. Do tego nurtu w posłowiu zaliczono te reportaże. Wiele to określenie mówi o ich tematyce.

A co z tym bardzo martwym sezonem? W miejscowościach turystycznych po sezonie jest jakaś magia, ale pewnie tylko dla mnie, turysty, a niekoniecznie dla ich mieszkańców…

©PrzemyslawPufal

Tekst Hymnu - wiersz „Włosek poety” autor: Tadeusza Różewicza

Muzyka: Jan Kanty Pawluśkiewicz