Portret młodej wenecjanki – Jerzy Pilch Recenzja

Portret młodej wenecjanki – Jerzy Pilch Recenzja

Jerzy Pilch, o przepraszam!, bohater powieści, którego związki nie są udane, zakochuje się w Pralinie Pralinowicz, studentce psychologii, jako żywo przypinającej kobietę z obrazu Albrechta Durera. Od początku wiemy, że związek nie przetrwa. Wiemy to także z biografii Jerzego Pilcha, ponieważ jego książkowa wersja w części przynajmniej przypomina związek, który pisarzowi wydarzył się naprawdę.

Jak to u Pilcha powieść to nie powieść, ale i powieść, i esej, i felieton, i dziennik. Generalnie – powieść to pretekst,  żeby opowiadać rzecz w różnych gatunkach i uciekać od jednoznaczności. Krótkie rozdziały, oprócz przedstawiania specyficznego romansu, przedstawiają nam różne tematy: miłość, zazdrość, samotność, rozpad, sztukę, życie. I to jest pilchowe i to się chwali.

A test pierwszego zdania?

„Jeśli jestem w czymkolwiek biegły, to głównie w sztuce rozpadu.”

Test zdany połowicznie, bywało lepiej. I to samo wrażenie odnoszę do całości „Portretu młodej wenecjanki”. Jerzy Pilch przyzwyczaił mnie do książek najwyższego lotu. Nie zrozumcie mnie źle, to jest dobra książka, większość pisarzy chciałaby napisać książkę na takim poziomie. Ale u Pilcha bywało lepiej, a ja padłem ofiarą swoich oczekiwań. Czekałem z niecierpliwością na nową książką pisarza i chciałem, aby, jak bywało wcześniej, powaliła mnie na kolana, śniła się po nocach i bawiła w dzień. A teraz nawet nie wiem czy do niej kiedykolwiek wrócę.

Pewnie wrócę, żeby sprawdzić czy teraz nie był to odpowiedni moment na czytanie tej książki, a kiedyś będzie.

 

Przemysław Pufal - uzależniony od czytania i bojący się, że nie będzie co czytać