Przeskocz do treści

Grabiez Europy Lynn H. Nicholas 200x300 - Grabież Europy – Lynn H. Nicholas Recenzja„Grabież Europy” przedstawia trochę inne oblicze II wojny światowej. Oczywiście stawia się pytania czy warto było zajmować się ratowaniem światowego dziedzictwa kulturowego, gdy ginęli ludzie. Pytanie jest bez sensu, bo trzeba było robić i to i to. A ta książka udowadnia to ponad wszelką wątpliwość.
Hitler i jego machina zniszczenia walkę z tak zwaną przez nich sztuką zdegenerowaną zaczęli u siebie, wyrzucono ją z państwowych placówek, artystom zabroniono tworzyć, dzieła niszczono. To był tylko wstęp do tego, co zrobili później.
Jednocześnie już wtedy, jeszcze przed rozpętaniem wojny, hitlerowcy próbowali kupować dzieła sztuki i albo zaczynali tworzyć swoje kolekcje albo handlowali nimi.
Pytanie na marginesie: czy zarówno zainteresowanie Hitlera sztuką, jak i jego nienawiść do pewnych jej gatunków i przedstawicieli można tłumaczyć tym, że był niespełnionym malarzem?
Miał plany co do dzieł sztuki w Europie, którą chciał podbić. A różne kraje posiadały plany ich ratowania, plany lepsze i lepiej zrealizowane, niż nasze plany obrony kraju w 1939 roku.
Niemcy, jak to oni, rabowali systematycznie. Łupem padały zarówno zbiory państwowe jak i prywatne. W książce znajduje się rozdział o Polsce, ale niezbyt obszerny. Nasze dzieła sztuki w czasie wojny krążyły po całym kraju, po Niemczech, wielu nigdy nie odnaleziono.
Są rozdziały o Rosji i państwach Europy Zachodniej. Książka bogata jest w mnóstwo szczegółów, ale one o dziwo nie przytłaczają. Poznajemy losy dzieł, muzeów, kolekcji, ale także kolekcjonerów, marszandów, kustoszy. Działania tych ludzi zarówno w ratowaniu jak i współpracy z Niemcami, są fascynujące. Mowa jest nie tylko o obrazach, ale również meblach czy przedmiotach sztuki dekoracyjnej. Hitler, Göring i cała reszta bandytów rabowali, walczyli między sobą, czasami kupowali, kiedy indziej szukali pretekstów prawnych, aby zagarnąć jak najwięcej. Robili to nawet wtedy, gdy ich klęska była przesądzona, ale próbowali w ten sposób zabezpieczać przyszłość, jeśli nie swoją, to przynajmniej swoich rodzin. Ostatnie odkrycia dzieł sztuki u potomków faszystów dowodzą, że przynajmniej niektórym się to udało.
Bardzo poważnie sprawę potraktowali Amerykanie. Po Pearl Harbor zaczęli ewakuować i chronić sztukę nawet na swoim terenie. Powołali specjalne instytucje, które, choć nie bez kłopotów, miały za zadanie chronić dzieła nawet w Europie. A zadanie było tym trudniejsze, że musiano chronić zabytki i ich wyposażenie przed zniszczeniem przez wojska obu walczących stron: aliantów i Niemców. I oczywiście Rosjan, którzy rabowali, kradli i niszczyli również na wielką skalę.
Alianci karali swoich żołnierzy za szabrownictwo, bezmyślne niszczenie dzieł sztuki, Rosjanie nawet o tym nie pomyśleli. Związek Radziecki kradł i niszczył tak jak robili to wcześniej Niemcy.
Alianci we współpracy z Niemcami ocalili Rzym, Paryż i inne miejsca. A pamiętamy co się stało z Warszawą? Nie zadbaliśmy ani o życie ludzi, ani o samo miasto (i inne).
Koniec wojny przyniósł mnóstwo pracy w poszukiwaniu, odkrywaniu i zabezpieczaniu zawartości repozytoriów, w których Niemcy ukryli to, co zrabowali a także niemieckie dzieła sztuki.
Nie da się oszacować strat, jakich doznała kultura europejska na skutek działania hitlerowców i komunistów. Książka „Grabież Europy” pokazuje tylko część walki o zachowanie nie tylko materialnych przejawów działalności człowieka w postaci dzieł sztuki, ale także walki o zachowanie tożsamości.
Prawdopodobnie nigdy już nie dowiemy się o losach wielu obrazów, rzeźb, mebli, ozdób, fotografii. Wiele z nich został zniszczonych, inne niszczeją w jakichś kryjówkach, kolejne znajdują się w prywatnych kolekcjach, a także w państwowych muzeach. Do dziś przecież państwa i różne organizacja zajmują się próbami odzyskiwania skarbów kultury zagrabionych w czasie II wojny światowej.

©PrzemyslawPufal

e487722b175470430cf1666c9d2ceea2?s=100&d=mm&r=g - Grabież Europy – Lynn H. Nicholas Recenzja

Przemysław Pufal - uzależniony od czytania i bojący się, że nie będzie co czytać

Tadeusz Rolke 233x300 - Tadeusz Rolke. Moja namiętność. Mistrz fotografii w rozmowie z Małgorzatą Purzyńską. Recenzja„ Fotografia to moja namiętność, pasja i powołanie.”

Książka to zapis rozmów z fotografem Tadeuszem Rolke, który urodził się w 1929 r. Ma swój spory wkład w historię polskiej fotografii. W momencie przeprowadzania wywiadu miał 87 lat, świetną pamięć i nadal ochotę na to, co dla niego najważniejsze: kontakty z ludźmi, kobiety i fotografię. I raczej w tej właśnie kolejności.

Pierwszy aparat dostał gdy miał 14 lat. W czasie wojny był członkiem Szarych Szeregów, brał udział w Powstaniu Warszawskim, następnie został wywieziony na roboty do Niemiec. Po zakończeniu wojny studiował filozofię i historię sztuki, ale życie było dla niego ważniejsze, niż nauka. Zaczął regularnie fotografować i publikować zdjęcia w prasie. Trafił również do więzienia jako więzień polityczny.

„Jakie cechy powinien mieć fotoreporter? Dobry fotoreporter to człowiek otwarty, który interesuje się ludźmi, nie jest zakompleksiony, ale i niezbyt pewny siebie, nie może się czuć lepszy niż osoby, które fotografuje. Musi mieć wrodzony refleks, instynkt, takt oraz wielkie poczucie wrażliwości, żeby kogoś nie obrazić, nie tworzyć sytuacji konfliktowych. No i w wielu wypadkach powinien być odważmy, szczególnie kiedy jeździ w tereny, gdzie są konflikty zbrojne.”

Jego pierwszą pracą na etacie było wykonywanie przeźroczy edukacyjnych, potem pracował i współpracował z różnymi gazetami i magazynami. Fotografował ludzi, ulicę, wydarzenia, kulturę, czasami też politykę. Rolke opowiada jak wyglądała praca fotografia w socjalizmie. Również  o tym, na jakim sprzęcie pracował, o ulubionych aparatach, filmach, trudnościach z ich zdobyciem w PRL-u.

Poznajemy jego inspiracje, źródła poznawania fotografii światowej w tamtych czasach. Fotograf opisuje jak powstały jego najlepsze i najbardziej znane fotografie.

„W przypadku fotoreportażu zastajesz sytuację, nie ma na nią wpływu. Robisz temat najlepiej, jak potrafisz, wykorzystujesz swoje doświadczenia i umiejętności.”

Mnóstwo miejsca rozmówcy poświęcają życiu prywatnemu pana Tadeusza, bo też było bardzo ciekawe, barwne i intensywne. Kilka żona, mnóstwo kobiet, zabawy, przyjaźnie i rozstania.

Wróćmy jednak do fotografii. Rolke jako jeden z pierwszych fotografów w Polsce wykonywał zdjęcia reklamowe.  Współpracował z magazynami w Polsce i na świecie. W 1970 roku wyjechał z Polski i pozostał w Niemczech do 1981 r. Tam pracował jako fotograf freelancer, współpracował między innymi dla „Sterna”. Zaczął tworzyć akty.

„Pomysł rodzi się we mnie, tworzy i konkretyzuje. Warto zajmować się tym, co cię porusza.”

Przełom 1989 roku dokumentował zdjęciami ulicy warszawskiej. Sporo jeździł po Polsce, również wracając w miejsca, w które rzuciła go wojenna i więzienna tułaczka.

„Co się powinno składać na dobry fotoreportaż? Informacja o danym wydarzeniu, czytelność przekazu, jasne przesłanie i współgranie formy z treścią.”

Z wcześniej czytanych i oglądanych wywiadów wiedziałem, że jest on bardzo ciekawym rozmówcą i opowiadaczem. Nie rozczarowałem się i tym razem. Choć czasami niektóre pytania i tym samym odpowiedzi były zbyt szczegółowe, więc lekko mnie znużyły.

„Cechy dobrej fotografii: właściwie połączenie treści i formy. Treść to przesłanie konkretnej fotografii, jej przekaz. A forma – jak fotografia jest zrobiona.”

Jednak książkę polecam do przeczytania w całości. To 450 stron wraz z mnóstwem fotografii ilustrujących życie i twórczość Tadeusza Rolke. To dobra okazja dla zainteresowanych fotografią, aby bliżej poznać tę postać, a dla wszystkich, aby poznać człowieka, który ma swój kilkudziesięcioletni udział w tworzeniu polskiej kultury.

Jako podsumowanie pracy i twórczości Tadeusza Rolke zacytujmy jego odpowiedź na pytanie: Czego żałuje? Co go męczy?

„Zmora niewykonanych zdjęć.”

e487722b175470430cf1666c9d2ceea2?s=100&d=mm&r=g - Tadeusz Rolke. Moja namiętność. Mistrz fotografii w rozmowie z Małgorzatą Purzyńską. Recenzja

Przemysław Pufal - uzależniony od czytania i bojący się, że nie będzie co czytać

Historie fotografii w Polsce 1839–2009 – Adam Mazur - Historie fotografii w Polsce 1839–2009 – Adam Mazur RecenzjaZ jednego podstawowego powodu to nie będzie recenzja a jedynie informacja o tej książce. Dlaczego? Otóż „Historie fotografii w Polsce 1839–2009” właściwie nie mają swojego odpowiednika, więc co z tego, że książka może mieć wady, jak innej o tej tematyce po prostu się nie kupi?
Kim jest Adam Mazur? Jest to krytyk, historyk sztuki, amerykanista, autor różnych publikacji na temat fotografii, a także kurator, ma na swoim koncie przygotowanie znaczących wystaw.
Pięknie wydana książka powstała na podstawie obronionej w 2008 roku na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego pracy doktorskiej pt. "Fotografia w rozszerzonym polu. Społeczne i artystyczne użycia fotografii w Polsce".
Jest to więc praca naukowa, co dodaje zawartym w niej informacjom wiarygodności. Książka zachowuje rygor pracy naukowej, ale jest fascynującą przygodą z fotografią.
Zwróćcie uwagę, że tytuł nie brzmi „Historia…”, ale „Historie…”, bowiem autor opisuje nie chronologiczną historię polskiej fotografii, a różne historie, które się na nią składają. Co nie oznacza, że książka jest chaotyczna a autor skacze po różnych zagadnieniach a czytelnik gubi się w opowieści.
Mnóstwo faktów, cytatów, mądrych narracji Mazura i oczywiście fotografie. Jest ich kilkaset. Zarówno wiedzy zawartej w książce jak i samych fotografii w internecie nie znajdziecie. Książkę mam od dwóch lat i czytałem ją dwa razy (a podczytywałem oglądałem setki razy).
Każdy kto interesuje się fotografią musi „Historie fotografii w Polsce 1839–2009” mieć!

©PrzemyslawPufal

e487722b175470430cf1666c9d2ceea2?s=100&d=mm&r=g - Historie fotografii w Polsce 1839–2009 – Adam Mazur Recenzja

Przemysław Pufal - uzależniony od czytania i bojący się, że nie będzie co czytać