Oto jestem Jonathan Safran Soer Recenzja

Jonathan Safran Soer 11 lat kazał czekać na swoją nową powieść. I gdy ją wydał, to świat padł na kolana. Może przesadzam, ale kilkusetstronicowa powieść została doceniona zarówno przez krytyków, jak i czytelników.

Moim zdaniem mieli rację. Nie jest ważne, o czym pisze Soer, tylko jak. Tak, twierdzę, że mógł obrać jakikolwiek temat, a i tak potrafiłby napisać bardzo dobrą powieść.

Jacob i Julia Blochowie od 16 lat są małżeństwem. Mają synów,  najstarszy właśnie przygotowuje się do bar micwy, na którą mają między innymi przyjeżdżają goście z Izraela. Który to Izrael pada najpierw ofiarą kataklizmu, a następnie wielu krajów całego świata.

Wszedłem w świat wykreowany przez pisarza właściwie bez zastrzeżeń. Błyskotliwe dialogi, nietuzinkowe analizy życia bohaterów to niepodważalne atuty książki. Polubiłem bohaterów, a potem… chciałem tu użyć brzydkich słów, ale właściwie nie wiem do kogo mam mieć pretensje: do pisarza, który tak a nie inaczej poprowadził swoich bohaterów, czy do życia, bo to przecież ono kreuje różne scenariusze. Cała powieść jest świetna, ale okazało się, że tak sympatyczni bohaterowie mają jednak wady, ich życie nie jest fajne. Było zabawnie, ale się skończyło.

Uniwersalna, choć przecież mocno osadzona w realiach życia amerykańskich Żydów, powieść o miłości, rodzicielstwie, tożsamości, pamięci, historii. Sekcja zwłok małżeństwa, któremu ja, czytelnik, kibicowałem, a oni i tak zrobili, co im pisarz kazał.

I tyle? Tyle mam do napisania o powieści liczącej osiemset stron? Tak, bo to jedna z tych książek, do których przeczytania nie ma co przekonywać, bo akurat tę musicie przeczytać i już.

©PrzemyslawPufal

Przemysław Pufal - uzależniony od czytania i bojący się, że nie będzie co czytać